Kolejny rok powitany z S. Może to jakaś klątwa. W tamtym roku obcasy w śniegu, w tym płaszcz jesienny, szampan a raczej jego namiastka w jednorazowych kubeczkach, tyle samo a może trochę mniej alkoholu w krwiobiegu, i ten srebrny krawat, boże, ratunku. Koniecznie. No to koniecznie. Coś mało pamiętam z tego Sylwestra… I to nie przez ilość kolejek, wszystko było takie chaotyczne. Tam to jest P.? Tak, to ten sam. Siedzimy i robimy zdjęcia. Pijemy. Schodzimy na dół, palimy papierosa z S. (tak, wiem), śmiejemy się, śmiejemy (NAP RAWDĘ? – WWW.kulturajezyka.pl;   – WWW.sebastianpierdoli.bzdury.org.pl – Spierdalaj x 100, A pamiętasz jak…? Kurwa, jaki głos) , śmiejemy. Idziemy na górę. P. O, P. Masa bzdur, aż mi słabo. Podnoszenie do góry, i  tak dalej. Później znowu on. Siedzimy i wbijamy sobie palce pod żebra.  Jeszcze większa masa bzdur. Aśka znika. Tańczymy. Szukamy jej. Siedzimy. O boże, sms od P. Od tego P., z którym spędziłam pół wolnego czasu lat pierwsza gimnazjum-druga liceum, aż do momentu, gdy stwierdził, że takie znajomości nie mają sensu. Tak, jakbym JA mogła mieć coś do powiedzenia…  Odpisuję podekscytowana, nawet podwójnie. Problemy z siecią, nawet nie wiem czy dotarły. Lepiej by nie.  Ja czekam. Agata wpada już w fazę REM na jawie. Przychodzi Szymon. Chcecie wracać z nami? Żegnamy się. Ale dlaczego, myślałem, że do czwartej, czemu nie chciałaś tańczyć (bo muzyka była chujowa.), nie, to ty nie chciałeś, no to zatańczcie ostatniego, nie, ja muszę już iść, ojej, ale czemu, no muszę i już, do zobaczenia, nie wiem… kiedy my się zobaczymy? ognisko, zrobisz ognisko, w wakacje? poważnie? Będę tęsknić za Tobą. (a w mojej głowie @%^&#$%^). Pierdolone hormony, no nie wytrzymam.

Początek zeszłego stycznia wyglądał mniej więcej tak samo. Wróciłam z tego samego miejsca, od tych samych ludzi, zmęczona. Kolejnego dnia musiałam wracać i sprzątać. W ogóle dobrze się nie bawiłam, udawałam przez cały wieczór. Prócz paru momentów, nie warto było tam iść. Piłam cytrynówkę  z P. i S. wśród garnków i jedzenia. Aśki nie było przez całą noc, utknęła w sokach z T. Oglądaliśmy tańczącego brata Magdy i płakaliśmy ze śmiechu. Marzyłam żeby wrócić do domu. Z trudem, po trzeciej, w wypchanym samochodzie. Następnego dnia trzeba było posprzątać ten chlew. Chciało mi się płakać w kuchni.  Zmyłam chyba wszystkie naczynia z całej sali. I spoza. Wszystko. Styczeń. Boże, matura, boże, trzeba się zacząć uczyć. I tak w kółko. Hipnotyczna mantra, która nigdy nie działa. Tak naprawdę nauka zaczęła się po studniówce. Studniówka. To był 12 lutego? Wolałabym zapomnieć o końcówce tego wieczoru jak i kolejnych kilku depresyjnych tygodniach spowodowanych przez subiekta (boże, jak on miał na imię… chwila…) S. To wszystko przez to, że na zawsze został już ciulem. A mogłam się bawić z P. Głupia… Głupia. Moje urodziny.  Jak wyglądały moje urodziny? Dziewiętnaste…  Nie mam pojęcia. Pamiętam tylko, że dostałam shaker i nie mogłam uwierzyć, że już nigdy nie będę miała osiemnastu i to moje ostatnie –naście.  Wiem. Miałyśmy iść do klubu. Ale właściwy autobus nie przyjechał i musiałyśmy jechać innym, 12 km za 9 złotych jeden bilet, dziewczyny nienawidzą mnie za to po dziś dzień. Było miernie, w gruncie rzeczy. Marzec. Marca też nie pamiętam. Chyba próbna matura z chemii. Kiedy w ogóle były moje ferie? Chyba przed studniówką (więc powrót do początków lutego), bo szukałam sukienki. Przez trzy dni,  po całej Łodzi. Płakałam w fotelu u dziadków. W końcu, ostatniego dnia, udało się, znalazłam w najbardziej absurdalnym z miejsc. Dziadek Marian mnie złamał, olałam dietę Dukana na której konałam przez ponad miesiąc. I to złamał mnie ostatniego dnia, kiedy już miałyśmy wyjeżdżać. A jeszcze dzień wcześniej jadłam kefir 0% kiedy inni raczyli się tiramisu. Dzień przed studniówką zjadłam paczkę holenderskich herbatników w czekoladzie. I pączka (zawsze pamiętam takie bzdety). Skończyłam na tym, że nie pamiętam marca. Bo pewnie nauka. Kwiecień. Życie na najwyższych obrotach, nauka, tabletki Sesja, sterty słodyczy i innego jedzenia, jedzenie żeby zabić ból, jedzenie żeby się pocieszyć, jedzenie, bo to jedyne, co dobre w tym cholernym wyścigu szczurów. Koniec roku, pożegnanie z liceum. Pożegnanie z kochanymi murami. Ł. Jedzie sobie do domu, nie zdążyłam go złapać, zostaję z ptasim mleczkiem, w rozpaczy. Idziemy na drinka. Dżin z tonikiem. Siedzimy, jest bezpłciowo. Pada deszcz, T. odwozi nas na dworzec, 200 m, nawet mnie. Autobus spóźnia się godzinę. Wracamy do domu objazdem. Wieczorem idziemy na jakiś koncert, albo do pubu, nie mam pojęcia. Nie pamiętam czy Magda jedzie z nami. Maj. Stres. Na polskim wcale. Na matematyce trochę. Na angielskim  w ogóle. Przed biologią nie mogę już myśleć o niczym innym, woda z miodem na śniadanie, wyląduję jako śmieciarz, będę poprawiać, itd. Wracamy do domu i śpiewamy Osama was killed tonight… bo to jakoś wtedy wypadło. Chemia, 18 maja, pamiętam, bo absolutnie ostatni dzień w starej szkole. Idziemy do sklepu, kupujemy ulubioną mrożoną kawę, ja czekoladę belgijską. Magda w ostatniej chwili myli mi cały rozdział o energiach reakcji. Wychodzimy załamani. Wszyscy. Idziemy pić do Skyy, dwa Ciechany miodowe i Aśka jest już wstawiona, ja z trudnością dodaję 6 i 6. Wychodzimy ostatnie, taki piękny, słoneczny dzień, aż tęskno za tym miastem na samo wspomnienie. Idziemy z T. i z B. chlać na mostek na Strawie. Jest kot, chipsy, itd., ja robię pamiętne zdjęcie telefonem, przychodzi G., jakiś żul opowiada T. historię swojego życia, jak zwykle. Później odprowadzają nas i wracamy do domu. Wakacje, ale radości brak. Nic nie można już zrobić, wszystko skończone, można tylko czekać z nadzieją, że ktoś się pomyli, albo stanie się cud. Sprzątam na strychu, robię listę, plany, których nie realizuję nawet w 10%, próbuję uczyć się francuskiego, zatrzymuję się na alfabecie i robię inne bzdury, o których nie warto wspominać. Pakuję się i jadę (znów) do Francji.  Tyle wina w ciągu tygodnia nie wypiłam jeszcze nigdy, o serach dyskutowałabym. Kolejne potwierdzenie mojej teorii według której nijacy ludzie są elastyczni i potrafią dogadać się (no, prawie) z każdym. Setki zdjęć. Normandia, Bretania, Paryż (o, J. w Ogrodach Luksemburskich, o, J. z wąsami,  o, J.  w wersji blond, i westchnienia autopolitowania). Nawiasem mówiąc, następnym razem (o ile będzie następny raz) nigdzie indziej, tylko w dzielnicy studenckiej, przysięgam. Wracam. Nadal są wakacje. Nudzę się niemiłosiernie. Wyniki. Najlepiej zapamiętany przeze mnie dzień ubiegłego roku, nawet lepiej niż wczorajszy, co do minuty. Pamiętam nawet w co byłam ubrana. Jedziemy z Aśką do szkoły, odbieramy wyniki, idziemy do sklepu, kupuję orzeszki. Jedziemy do kolejnego sklepu, jestem w przymierzalni, Aśka wybiera kapelusz na prezent. Telefon. Wygrałam bilet na Open’era, słychać mnie w głośnikach. Euforia (dzień wcześniej z auta, wracając z tatą z zakupów wysyłam sms i jestem nienormalnie podekscytowana, jakbym już wiedziała. Wieczorem piszę do Ł., którego znam tylko online,  że jeśli nikt ze mną nie będzie chciał jechać to drugi bilet jego). Kupuję Blue Curacao (a może wcześniej?). Dzwonimy do Pyśki, gdzie do cholery jest ulica Jagiellońska (?!). Jedziemy do Radio. Odbieram karnety. Chaotyczne ustalenia, upał. Kupujemy trzeci bilet i jedziemy nocnym pociągiem do Gdyni. Rozmawiamy w altance z rodzicami Magdy. No dobrze. Wracam do domu, jest remont i bałagan. Wpisuję wyniki w siedem systemów rekrutacji, pakuję najbardziej nieodpowiednie rzeczy, szukam pociągu, dzwonię sto razy na informację. Jest. Jedziemy z tatą, wysiadamy na dworcu. Remont. Kasy biletowe nieczynne. Nic nie czynne. Tato proponuje żeby kupić bilety u konduktora. 10 minut opóźnienia, jest pociąg. W środku kolonie. 10 godzin na korytarzu, koło toalety z facetem czytającym CKM i drugim wyglądającym jak rodem z kryminału.  Konduktor nie przychodzi. 180 zł zaoszczędzone, za darmo na drugi koniec Polski, nie wierzymy. Ja nie wierzę. Prince, The Strokes, pan Michał. Plaża. 20 stopni, po godzinie otwieramy oczy i rozglądamy się, wszyscy w kurtkach, tylko my w bikini. Ani kropli alkoholu. Pan z bio-piekarni. Wracamy do domu z polskimi reprezentantami chamstwa i drobnomieszczaństwa (lepiej tego ująć nie można). Najwspanialsze dni tamtego roku, kto wie czy nie życia. Wysiadamy na pół godziny przed strajkiem na kolei i zatrzymaniem linii. Pada deszcz, jest szaro, szarzej być nie może. Idę spać, budzę się i znów jest beznadziejnie nudno i bezbarwnie. Czekam na 22 lipca. Jadę nad morze, do pracy z dziećmi gdzie przekonuję się po raz kolejny, że uczciwość ludzka nie istnieje i nigdy nie pozwolę żeby ktokolwiek stał wyżej ode mnie. Moment… przed wyjazdem dowiaduję się, że dostałam się na weterynarię do Lublina. 20 czy 19 jadę tam i składam papiery. Klamka zapadła, amen. Nad morzem też P. , zżywamy się, jemy pestki dyni, gadamy do późna, jest zabawnie. Moje dzieci, mój syn z przyszłości.  Wracam. Jest już początek sierpnia, kilka dni po. Mam zamiar jechać w góry, ale zostaję w domu. Kilka wyjazdów. Warszawa, Kraków, Sandomierz. We wrześniu kompletuję wszystkie rzeczy do wyprowadzki, cholernie się stresuję, obawy zjadają mnie żywcem. No i jest. Trzeci czy drugi października. Akademik, jestem przerażona ilością miejsca. Integracja. Boże, co za dziwni, co za poryci ludzie. Nikogo normalnego. Obchodzimy chyba cały Lublin, zaczynając od Czarnej Owcy, poprzez Plac po Farze, kończąc w klubie, później z K. błądzimy szukając przystanków  z nocnymi. W końcu wracamy taksówką, co za noc.  Następnego dnia załamka. Brak Internetu, nie mogę szukać mieszkania. Kupuję kabel. Szukam.  Znajduję. Immatrykulacja. Podchodzi do mnie M. Następnego dnia jedziemy oglądać mieszkanie. Decyduję się. Po BHP (?) idziemy na piwo. Poznaję grupę nowych ludzi. I P. Rozsądku/Losie/Aniele stróżu/Cokolwiek, czemuś mnie wtedy opuścił. Jestem zachwycona. Uwaga, trzymajmy się, zaczyna się największa turbulencja ubiegłego roku. Dzięki niej przez półtora miesiąca myślę, że moje życie wreszcie wskoczyło na dobry tor. Jest jeszcze parę innych elementów, ale króluje ten. Co uświadcza mnie w przekonaniu, że w moim życiu wcale nie brakuje wiele. A może aż zbyt wiele. Wychodzę co piątek, jest świetnie. Dogaduję się z tyloma osobami, jestem w centrum wydarzeń. Chodzę po książki do biblioteki, wracam z nimi z dumą, jadę z czaszką krowy autobusem wyniosła jak paw, uśmiecham się do ludzi, dzieją się niesamowite rzeczy. Na moją skalę. Wracam do domu na 1 listopada. Dzwonię, rozmawiamy przez godzinę dwadzieścia. W Lublinie piekę babeczki. Nie wiem nawet kiedy to wszystko się rujnuje. Tak najbardziej to po moim powrocie. Sort of depression. Po drodze jeszcze K., zaliczenie osteologii, czyli jeden z największych stresów mojego życia, tego samego dnia urodziny M., i kocham Beatę, a ja wracam do mieszkania, gotuję zupę, dzwonię do K., do M., płaczę sobie z wściekłości. Później koncert, kilka nieistotnych spraw, zaliczeń, nerwów, bieg do mety na ostatnim oddechu, jak co roku, niezależnie od miejsca i stopnia edukacji. Święta w domu, mogą być. Przynajmniej to dom. Przynajmniej na chwilę jestem u siebie. Przynajmniej nie muszę cię oglądać, obrażony na mnie niewiadomooco człowieku. Chyba już pogodziłam się z myślą, że pomyliłam tropy. I że pomylenie tropów na początku zawsze prowadzi do kłopotów. Niekoniecznie do jaskini lwa, raczej na bezdroża. Możemy próbować zawrócić, gorzej jeśli nie ma śniegu i nie widzimy swoich śladów. Spokojnie. Mamy kolejny rok zaprzepaszczonych szans.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.