Franc(j)a

Czerwiec 9, 2011

Uwaga, piszę w bólach, z tym w tle, więc nawet jeśli będę się starać bardzo bardzo, to notka będzie miała posmaczek uczuciowy.  W związku z tym dodaję znaczek NMZŚISPDN (Notka Może Zawierać Śladowe Ilości Smutnego Pipczenia Dla Nastolatek). Biorąc pod uwagę częstotliwość wynurzeń tego typu w tym miejscu, powinnam raczej dodawać znaczek odwrotny, co znacznie ułatwiłoby mi życie. Przemyślę to.

Francja jest wspaniała. Powinnam jej nienawidzić przynajmniej z kilku powodów (oho!), ale obecnie chyba nie ma w niej rzeczy, której bym nie kochała. Od morza, przez cidre, po tanie (i dobre) wino. Nawet Paryż już nie irytuje i nabrał kolorów. Spędziłam urocze osiem dni, najpierw w stolicy, później na północnym-zachodzie, który okazał się być rajem na ziemi. Pomijając moje poparzenie słoneczne (moje stopy zdecydowanie nie cierpią normandzko-bretońskiego słońca, próbuję je zrozumieć) wszystko było idealne. Jedzenie bagietek z czekoladą na Mont Saint-Michel, piknik z winem i serami na wybrzeżu w Pointe Saint-Mathieu, wieczorne, obowiązkowe wino, powrót w godzinach bardzo nocnych i śpiewanie Yesterday The Beatles, lody na Polach Marsowych (oczyma wyobraźni widziałam sprzedawcę ocierającego oczy fartuchem po usłyszeniu historii mojego życia), piesze wycieczki po Paryżu (w tym spacer wzdłuż dwupasmówki, pomysł godny oklasków), wyprawa do dzielnicy studenckiej  oraz miliona miejsc, gdzie prawdopodobieństwo spotkania wynosiło 0,001 (w promilach, nawet nieźle pasuje). Był tam, czułam to  i wystarczył trzepot skrzydeł motyla na przeciwległej półkuli, żeby doszło do katastrofy. Jak widać, żyjemy oboje (?). Chyba zacznę wierzyć w przeznaczenie (?!). Gdy nie siedziałyśmy pijąc wino (nawet trzy razy dziennie…) biegałyśmy po plażach (co zaowocowało skręconym kolanem, nie moim, szczęśliwie), skakałyśmy, jadłyśmy ostrygi i naśmiewałyśmy się z emerytów z którymi dzieliłyśmy wakacyjny wojaż. Tego było mi trzeba. Zupełnego odizolowania się od świata, rozmawiania o bzdurach, łapania wiatru w fałdy sukienek (na szczęście sukienek a nie tłuszczu), kaleczenia sobie stóp kamieniami, wina, wina, wina, cydru, croissantów, Francuzów (tak, nawet ich było mi trzeba, żeby uświadomić sobie, że nie tylko jeden z nich może być przystojny). W bilansie strat notuję zagubioną osłonę do obiektywu w Douville (prawdopodobnie utkwi w stopie Brada Pitta, było jej to pisane od początku), złamane okulary, rozklejone po wejściu do wody nowo zakupione buty i kolejną, starą już porcję złudzeń rozmytą jak napisy na piasku.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.