Ciężko opisać słowami to, co działo się wczoraj w Warszawie. Wybuchy euforii, piski, po prostu iskry w powietrzu. Florens, Florens, Florens, boże, byłam tam!!! Widziałam na żywo Florence Welch i Maszyny i prawdopodobnie nigdy tego nie zapomnę.

Pędziłyśmy na koncert jak szalone, na autobus, po schodach ruchomych, przesiadając się do metra, a następnie szukając miejsca, gdzie ktoś ewentualnie mógł widzieć Stodołę. Kolejki niemal żadnej, mimo, że do rozpoczęcia pozostało dziesięć minut, jeśli kierować się biletem.

Czekanie jest najgorsze.  Przepychanie się, ścisk, ale no risk – no fun.  Pół godziny – dobrze, niech będzie. Godzina – ile można czekać na support? Godzina i kilkanaście minut – no, nareszcie! Sian Alice Group. Nie znam pani i miłych panów, którzy rozpoczynają swój występ niewiele obiecującą kołysanką. Następne utwory – o wiele lepsze, o niebo całe. Specyficzne, hipnotyzujące, choć wokalistka posiada dziwną formę ekspresji (bicie w bębny przypominające tłuczenie mięsa i robienie sobie burzy włosów na głowie rękoma). Drugi i ostatni utwór (Way down to heaven?) moimi zdecydowanymi faworytami. Pod koniec mogę określić styl zespołu jako coś w rodzaju Bat for Lashes, a może jeszcze bardziej dziwacznego i mrocznego?

Kolejne pół godziny czekania na Florence. Nerwy, nerwy, ale w końcu euforia. Pierwsze pojawiają się Maszyny odsłaniając harfę, w otoczeniu mikrofonu i perkusji przybranych kwiatami, klatkami dla ptaków i pięknym tłem – motywem do Blinding. Słowem – cudowna scenografia. Brakuje jeszcze Flo, która pojawia się wywołując ekstazę publiki. I zaczynają. Na początku Howl, moja ukochana piosenka, która nieco mnie rozczarowała. Trzeba przyznać, że głos wokalistki poprawiał się z utworu na utwór, a Zawodzenie jest jednak kawałkiem bardzo wymagającym wokalnie. Następnie Kiss with a fist na którym Florencja skacze, biega i wymachuje rękoma i tak właściwie do końca koncertu, wzbogacając to próbami wspinania się na rusztowanie, wchodzeniem na głośniki i uderzeniami w perkusję. Dalej Beetween two lungs – faworyt wieczoru, wyklaskany przez nas a przeze mnie przetańczony. Później Drumming song – dosłownie maksymalne uderzenie, Blinding – rozedrgujące każdą komórkę ciała, Cosmic love – na którym nie dajemy jej śpiewać, bo z zachwytu krzyczymy wniebogłosy, na co ona reaguje i śmiechem i wzruszeniem. Do tego jeszcze My boy builds coffins i I’m not calling you a liar, bardzo rytmiczne, bardzo dopracowane. Prawdziwa zabawa jednak zaczyna się na ostatnim utworze - Dog days are over. Wreszcie wszyscy skaczą, po czym Flo każde nam przykucnąć down to the floor i jump na “trzy”, co wszyscy posłusznie robimy, bawiąc się przy ym wyśmienicie. Na bisy, co zaskakujące, dwa single – You’ve got the love, które poruszyło nawet betonowe słupy, a mnie doprowadziło do szklących się oczu, no i ostatnie, absolutnie ostatnie Rabbit heart z cudowną harfą i wykrzykiwanym przez nas Raise it up!

Florence mówi, że jesteśmy wspaniali, kocha nas, dziękuje, zapewnia, że to najlepszy koncert na trasie, wspomina, że była na choir trip w Polsce i widziała dużo kościołów, obiecuje że wróci. My składamy ręce w serca, co doprowadza ją i jej koleżankę grającą na klawiszach do łez. Przez cały czas serce bije mi jak szalone, nawet teraz bo nie ochłonęłam jeszcze do końca. Dzika euforia, zachwyt, piękno Walijki, jej urok, ruchy sceniczne, sprawiają, że to był chyba najlepszy koncert w mym życiu, wart każdych pieniędzy i wstawania o 4.30.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.