Speak in tongues

Grudzień 28, 2010

To będzie długi wpis. Nieskładna próba podsumowania tego, co wydarzyło się w 2010 roku, choć przecież jeszcze się nie skończył i wiele mogłoby się w ciągu tych kilku dni zmienić. Wiele, a nawet wszystko. Gdybym w to wierzyła, pewnie nie siedziałabym teraz po nocy, w każdym razie nie czekałabym na sen w takiej pozie, gapiąc się na księżyc za oknem, który akurat dziś jest wyjątkowo piękny. Wygląda jak francuski croissant na ciemnym talerzyku nieba. Lubię siedzieć w ciemności, w ciemności zupełnie inne myśli przychodzą mi do głowy. Gdyby tylko dało się nieco zmniejszyć oświetlenie laptopa…

Nie wiem, co chcę napisać, nie wiem, co powinnam. Nie wiem też dla kogo to robię, nawet nie czuję nadchodzącego terapeutycznego oczyszczenia. Chcę napisać to, co czuję, tak prawdziwie, pierwszy raz od dawna. Bez zbędnych słów, bez niepotrzebnej rozpaczy, bez nadmiaru zastanowień i udawanej dojrzałości.

Od czego w ogóle zacząć? Od czego wypada? Od czego chciałabym? Każda z miliona myśli przelatujących przez moją głowę jest banalna. Banalna i martwa. Może zacznę od tego, że gdy myślę o tym roku, który dobiega do końca nie czuję nic… A może raczej chciałabym nic nie czuć i sama sobie to wmówiłam, bo tak jest łatwiej, bo mniej uwiera, mniej boli. Może wręcz przeciwnie, czuję zbyt wiele a z tego chaosu zdaje się nie wynikać nic. Siedzę przed tym białym polem i nie potrafię z siebie nic wykrzesać. Może to wszystko mi się śniło. Bardzo kiczowaty scenariusz, idealnie pasujący do niskobudżetowego filmu z krainy awangardy i iluzji.

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie początku. Jak zwykle tylko urywki. Ważne, bardzo ważne, bardzo mało ważne. W styczniu prawie umiera mój pies. Później umiera dziadek. Już nie prawie, ale całkiem poważnie i śmiertelnie. Czy jest mi przykro? Sama nie wiem, bo nie znałam go zbyt dobrze. Może powinnam zmuszać się do smutku, a może wcale nie. Tego dnia bardziej uderza we mnie wiadomość, że S. ma nowotwór i to dlatego płaczę wtedy na cmentarzu. Jest strasznie zimno i moje łzy prawie przymarzają do policzków. Później wsiadam do samochodu, do życia i znowu wszystko jest bez zmian, tak jest, bo musi tak być. Pamiętam te wszystkie odwiedziny w hospicjum, smutek w oczach taty. Mam wątpliwe szczęście wiedzieć, jak to jest stracić jednego z rodziców i wiem, co wtedy czuł. Co czuje do teraz. Choć ja przecież nie przeżyłam tak śmierci Mamy. Może byłam wtedy na to zbyt głupia, zbyt niedojrzała, może ten brak świadomości – do teraz poniekąd, brak pogodzenia się, jest źródłem wielu moich problemów ze sobą. Tkwi w tym coś ważnego, czego nie potrafię sobie jeszcze wytłumaczyć, mam nadzieję, że kiedyś będę w stanie siąść i powiedzieć sobie samej kilka ważkich słów na ten temat. Teraz jeszcze nie potrafię. Teraz potrafię być tylko zła na los, na życie, bo przecież nie na boga, za to, że nie ma jej ze mną, kiedy wybieram sukienkę na studniówkę, kiedy cierpię na to najgorsze, najbardziej kiczowate, posępne uczucie braku wzajemności. Tyle właśnie pamiętam ze stycznia. Nie więcej, nie mniej. Później przychodzą moje urodziny, które spędzam w Łodzi, z A., T., K. i M., ze wszystkimi, z którymi chciałabym je spędzić, tak naprawdę. Dzień potem idziemy na koncert ISS do Svejka, podczas którego słyszę piosenkę – proroctwo, choć wtedy przecież jeszcze nie mam o tym pojęcia. Dobrze wspominam ten dzień, teraz i wtedy chyba też było wspaniale. Pamiętam, widzę plakat Czesława i przychodzę tam drugi raz w marcu. Następny dzień potrafię przywołać aż nazbyt wyraźnie. Każde słowo, każdy przecinek. I kropkę. Kropkę, która zmieniła bieg lawiny – stwierdzenie trąci banałem, ale tak właśnie się stało tamtego dnia. Miałam na sobie czarną sukienkę z kokardą, różowy cień do powiek i słuchałam I melt with you grupy Modern English. Wróciłam z mojego przyjęcia urodzinowego w środku nocy i wiele, wiele razy czytałam tamtą rozmowę. Od początku, od końca, na skos, w każdy możliwy sposób, który mógłby odpowiedzieć mi na bardzo proste pytanie: Dlaczego? Nie odpowiedział do tej pory, a tamta rozmowa nie istnieje już w żaden materialny sposób, choć przecież nie ma to znaczenia, bo pamiętam ją w całości. Mam poważne podstawy, by twierdzić, że tamten tydzień zadecydował o przebiegu kolejnych dziesięciu miesięcy roku 2010, choć ta pewność za dużo by rozwiązywała, to byłoby zbyt oczywiste, a ja lubię komplikować. Może właśnie nie do końca, nie chcę, po prostu nie chcę wierzyć, że miało to na mnie tak ogromny wpływ. Ale przecież wystarczy popatrzeć na jakikolwiek wpis z tego roku, tutaj, żeby zobaczyć piętno odciśnięte przez tamte dni. I ból, ogromny ból, nie do ogarnięcia. Takie to żałosne, pisać o tym teraz, nie potrafię sobie nawet wyobrazić jak bardzo to wtedy bolało, już się przyzwyczaiłam, już przywykłam do tego uczucia. Ale wtedy, wtedy to było jak uderzenie, przewróciłam się i przez bardzo długi czas nie mogłam się podnieść. Marzec spłynął łzami, wielkim roztopem, nie potrafię powiedzieć, czy leżał wtedy śnieg, czy świeciło słońce, czy zmieniał się rytm dobowy, było mi tak bardzo wszystko jedno. Zbuntowałam się. Postanowiłam nie walczyć z tym, poddać się temu i osiąść na mieliźnie. Postanowiłam także nie udawać, że wszystko jest w porządku, nie mówiąc przy tym o powodzie, prawie nikomu, jedynie E. i J., nie chciałam o tym mówić, ale to zaciskało się na mnie jak imadło i musiałam pozbyć się choć części. Kwietnia nie pamiętam. Jedynie ostatni dzień przed majówką, kiedy siedziałyśmy u M. do czwartej nad ranem a ja płakałam jak chyba jeszcze nigdy, na wpół suchymi łzami. Czułam się jak śmieć, jak nikt, czułam się samotna wewnętrznie, beznadziejna, brzydka, nikomu niepotrzebna. Do tej pory czasami się tak czuję i wtedy boję się, że to wraca. Nie wiem czy potrafiłabym sobie z tym poradzić po raz drugi, nie wiem jak wtedy sobie poradziłam. Pamiętam tylko, że padło słowo psycholog i po raz pierwszy postanowiłam się zgodzić z czyjąś radą, trochę na przekór, żeby pokazać, że to nie pomoże, że nie ma sensu. Zrobiłam to. Zadzwoniłam, umówiłam się i zaczęłam odwiedzać Michała Sz. Jak ocenić to, co działo się przez te dwa miesiące? Nie chcę być radykalna, nie chcę być pochopnym sędzią. Te jego wszystkie testy, karteczki, frazesy, pieprzenie głupot o poszukiwaniu sensu, ćwiczenia – teraz patrzę na to bardzo krytycznie. Ale wtedy być może mogło mieć to na mnie jakiś wpływ. Nie wiem, wydaje mi się, że mimo tych zmarnowanych godzin, pieniędzy, poczułam się jakoś dziwnie lepsza, poczułam się sfrustrowana na świat, który nie pasuje do mnie. I wyjechałam do Francji. Ze złości, z niezaleczonego smutku i bólu, nie wiem dlaczego. We Francji poznałam A. i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie różnica wieku jaka nas dzieli – 12 lat? Nie powiedziałam jej o niczym, choć wieczory przy winie miały tę właściwość, że chce się nagle opowiedzieć o wszystkim, co rozkrawa od środka. Zamiast tego gadałyśmy o depilowaniu woskiem, pracy w UK i wielu innych, nieważnych sprawach. Nie z pozoru nieważnych. One po prostu były nieważne. I to mi pomogło. Nie spotkałam Go tam. Był wtedy w Brazylii, z nią i zwiedzał jakieś jaskinie i inne cuda Ameryki Południowej. Chyba bał się do tego przyznać, bo na moją – po wielu męczarniach wstukaną w klawiaturę – wiadomość o przyjeździe nie odpowiedział do dziś. Czy było mi smutno? Tak. Teraz uznaję to za przejaw tchórzostwa, wtedy zrzuciłam winę na siebie, choć nie czułam się już tak strasznie jak w marcu. Po powrocie z Francji spakowałam ogromny plecak i wyjechałam w góry. Tam spotkałam A. i jeszcze parę świetnych osób, ale przede wszystkim A., który nie miał absolutnie żadnego wpływu na bieg wydarzeń, ale po prostu pozwolił mi na chwilę zapomnieć o tym wszystkim, co zostawiłam w domu. Kiedy wróciłam byłam odurzona górami, dźwiękami gitary i tym wielkim przypadkiem, który sprawił, że na niego wpadłam. Teraz myślę, że to było coś w rodzaju przeciwwagi dla tego, co spotkało mnie wcześniej. Bilans zawsze musi być bliżej zera niż minus miliarda. To pozwoliło mi wrócić do szkoły w jako-takiej kondycji psychicznej i zacząć najgorszą, zapowiadaną jako kataklizm klasę maturalną. Już na początku straciłam z zasięgu jedną z niewielu rzeczy, właściwie osób, które w tej szkole kochałam. O później nie mam już nic ciekawego do powiedzenia. Szara, lepka masa, przesuwająca się coraz szybciej w kierunku końca roku. I ja, jakaś odurzona nagłą świadomością życia. Nagle wychodziłam z domu co weekend i było mi dobrze, może trochę oszukańczo dobrze, aż do momentu, w którym uświadomiłam sobie, że to tylko puste wieczory, a wtedy papierosy i alkohol przestały być tak smaczne i znowu zrobiło się smutno i świadomie. A było to chyba pod koniec października. Listopad był tak świadomy, że poczucie świadomości zabiło każdy dzień i zrobiło z niego jednostkę na osi czasu, wyróżniającą się spośród innych miesięcy tylko koncertem akustycznym, na którym miałam okazję być. Przygotowania świąteczne last minute zabiły ducha świąt, który i tak nie miał o mnie zbyt dobrego zdania. Święta minęły szybko i bezboleśnie. Aż do teraz, kiedy siedzę tutaj i wypisuję te bzdury.

Nie mam Ci nic do powiedzenia, poza tym, że pewna część mnie umarła w tym dogasającym 2010 roku.  Nawet teraz, po tylu miesiącach nie potrafię powiedzieć jakie uczucie skłoniło mnie do przeżywania tego wszystkiego w ten sposób. Boję się każdego określenia, boję się tego dźwięku. Stamtąd nie ma już odwrotu. Nie wiem czy chciałabym wrócić do grudnia 2009 i zacząć wszystko od nowa. Boję się przyznać, że to było mi potrzebne. Może potrzebny to nie do końca dobre słowo. Gdzieś w środku wiem jak to nazwać, kiedyś to słowo wykrystalizuje we mnie i opowiem tę historię od nowa.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.