Power of not knowing

Wrzesień 7, 2011

O, piękne, piękne wakacje bezmyślności wielkiej zupełnej. Błogosławiony odpoczynek od piekła i piekielnego raju myślenia.  Ale krótki odpoczynek, krótkie wakacje w przytulnych ramionach, w przytulnych gniazdach przegubów i kolanach bezmyślności.                                                                                                 

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                Nie mogę uwierzyć, że został tylko miesiąc. W powietrzu czuję już jesień – czas wielkich swetrów, wygrzanej pościeli, długich wieczorów i przebudzenia z wielkiego, sielskiego snu lata, gdzie wszystko jest pokryte puchem beztroski i prześwietlone jak na kiepskim zdjęciu z polaroida. Wieje od pól i wrzosowisk, a kasztan za moim oknem znów pokrył się rakowato-chorobliwymi liśćmi. Nic nie wskazuje na to, żeby ta jesień miała się czymś różnić od poprzednich. Z zewnątrz. Bo wewnątrz mnie panuje mętlik, kłębowisko obaw i pytań na które nikt nie chce (nie może) udzielić mi odpowiedzi. Jedynie czas może dać upust mojej ciekawości. Z jednej strony podniecenie, euforyczne wręcz oczekiwanie: co będzie dalej. Szalony taniec pomiędzy żelazkami, garnkami i pudłami. Skupione oczekiwanie na zajęcia w prosektorium i całkiem nową rzeczywistość, ukochane poczucie anonimowości. Z drugiej kołatanie serca i trzaski zastawek: bo zajęcia od rana do wieczora, bo życie z kimś innym w pokoju osiem kilometrów od uczelni, bo to Felin, gdzie psy szczekają tylnymi częściami ciała, bo przeglądanie przyszłego forum mojego kierunku przeraża (ludzie już kupują atlasy, czaszki i knują na jakie zajęcia sportowe się wpisać). I tęsknota, którą, niestety, potrafię sobie wyobrazić. Tęsknota każdym porem skóry, rzęsami aż po koniuszki palców. Już w ubiegły piątek poczułam jej przedsmak kiedy zebraliśmy się wszyscy przy ognisku za moim domem. Witam panią weteryniarz i P. unoszący mnie gdzieś prawie ponad ogniem. Ale smutno. Smutno. Oni tu, ja tam. Tak różniące się już nawet teraz światy (światki?) obrócone znowu o kilkadziesiąt stopni. Jak będę wyglądać kiedy wrócę tutaj za rok? Przytyję, schudnę, stanę się jeszcze bardziej zarozumiała i zgryźliwa niż jestem w tym momencie? Może to tutaj, to już nie będzie moje miejsce. Ławka przed domem, dziurawy rozgrzany asfalt, ścieżka do lasu, zarośnięte ziemie niczyje, mostek nad rzeką przez który zawsze bałam się przejeżdżać rowerem, zarówno w wieku sześciu jak i szesnastu lat. O nie, to zawsze będzie moje. Tak, jak moja szkoła, którą odwiedziłam przedwczoraj. Grube, ciepłe mury, znajomy zapach, do którego miłości nikt z zewnątrz nie może zrozumieć. I ludzie. Ci starsi. Ł. na którego widok drę się przez cały korytarz Dzień dobry z idiotycznym uśmiechem groupie, B. (ufarbowany?), któremu dzieci leczyć będę (haha *mina baardzo śmieszne*), K., która mnie pocieszyła, chociaż się po niej tego nie spodziewałam, B. co już jest ciekawa jakim kolorem farbuję włosy, a dopiero co była dla mnie panią z bibioteki, M. krzycząca do nas z jednym z tych największych uśmiechów na jej szczupłej, groźnej (na pierwszej lekcji…) twarzy. Miejsce, które wrosło we mnie tak, że obawiam się iż jego wyrwanie groziłoby natychmiastowym wykrwawieniem. Miejsce, w którym zawsze będę się czuć jakbym rozpoczynała kolejny rok edukacji, byle nie maturalny.

Dni wypełnia mi obgryzanie paznokci, słuchanie łzawych poduszkowców i ostrych rozrywaczy, całodzienne pościelówy z książkami, pieczenie ciast (dziś TO, w życiu nie jadłam lepszego z owocami, jutro TO, wprost nie mogę się doczekać) i gotowanie obiadków (szczególnie godne polecenia). Następne pewnie zapełnią się kupowaniem patelni, łyżeczek, ściereczek, poduszeczek, segregatorów i innych absolutnie niezbędnych mi do życia przyborów. Nie dam też rady bez żelazka, w pogniecionych ciuchach, no nie dam. I bez porządnej formy do ciasta.

W tym wszystkim pociesza mnie jedynie nieporuszalność moich penpallingowych przyjaciół do których jednakże nie zawsze mam ochotę odpisywać na czas, co napełnia mnie bitch-feeling, którego nie znoszę. Napisałabym sobie porządny list, głupia Poczto Polska.

Obrazek z nagłówka mnie urzekł. Pragnę krowiej czaszki. Nie spocznę póki jej nie dostanę w swoje ręce. Myślałam też nad usunięciem tego przybytku wszelakiej żenady i dramatu. Dwa lata i dwa miesiące, niesamowite. Najdłuższe piśmidło w mojej historii, nienaruszone przez wścibskie źrenice niepożądanych osób. Przynajmniej nie tych, które mogłyby cokolwiek zrozumieć. I chyba lepiej, że jest tak, jak jest.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.