There’s not an ounce of faith in this leap.
Lipiec 12, 2011
Zawsze snuję domysły co będzie za 2, 5, 10 lat. Ale jeszcze nigdy nie wstrzeliłam się w scenariusz.
Gdyby ktoś mi powiedział, że zostanę przyjęta na weterynarię, a nie na stomatologię jak zawsze mówiłam… co bym powiedziała? W jednej chwili cieszę się, bo tyle osób oddałoby wiele, żeby zająć moje miejsce. Ale potem, gdy widzę, że ktoś inny dostaje się na UJ, na lek-dent o którym ZAWSZE marzyłam to pęka mi moje niepewne serce. Z cholernej zazdrości, z niespełnionych ambicji, z rozczarowania. Oglądam Szpital Zachodni i mrużę oczy oglądając szycie dłoni. Czy ja w ogóle się do tego nadaję, czy sobie to wymyśliłam, bo to zapewnia prestiż i dumę? I chce mi się płakać, i nie cieszę się już, ani trochę. I w nosie mam wszystkie zwierzęta, pasożyty i choroby. I wstyd mi za swoje wyniki, za rok ślęczenia nad organiczną, chodzenia do Anki co środę, soboty nad dziełem Mariana Pazdro. Życie w tej chwili pokazuje swoją sprawiedliwość, co rzadko się zdarza. I to jest chyba najgorsze. Widocznie sobie zasłużyłam. Bóg tak chciał (phyy…).
Czy kiedykolwiek będę zadowolona z siebie? Dumna z tego, co mam, co osiągnęłam? Jedyne pytanie na które znam pewną odpowiedź.